Tłumacz

środa, 5 czerwca 2013

Zayn #4 część I



Tak, wiem. Miało być w poniedziałek... :/ Przepraszam :) Jestem na siebie zła, że nie napisałam tego w poniedziałek, i jeszcze nie wyszło tak jak chciałam :/ SZLAG ! Nie ma takiego szybkiego obrotu wydarzeń jak na innych blogach np. całowania, macania itp. xD Ja lubię wszytko powoli :) :) Ale miałam napisane kilka wersji i ta i tak jest chyba najlepsza :D

SKALA KOMENTARZY:
*1 (pod imagifem) = imagif
*3 (pod imaginem) = iamgin
*5 (pod tą częścią opowiadania) = następna część <na pewno będzie lepsza :)>
__________________________________________________________________________________

T: Zostaw mnie! - wyrwałaś się z uścisku i wybiegłaś z domu zarzucając na ramiona kurtkę.
Biegłaś chodnikiem bardzo daleko... jak najdalej stąd... na zawsze... Nie dopuszczałaś do siebie myśli, że musisz tam kiedyś wrócić. NIE. Nie wrócisz, choćbyś miała mieszkać pod mostem ! Wiatr szalał gładząc zimnem Twą rozgrzaną od łez twarz, a krople deszczu zapewniały Ci większy stopień ochłonięcia. Wbiegłaś do autobusu i ruszyłaś, nie wiedziałaś gdzie... Autobus był prawie pusty, bo kto jeździ w taką pogodę ? Zajęłaś miejsce pod oknem i oparłaś się o szybę. Nałożyłaś kaptur na głowę i włożyłaś do uszu słuchawki od telefonu. Rap. Coś co zawsze Cię uspokajało w takich chwilach jak ta, dawało Ci moc, pewność siebie... Coś co odzwierciedlało Twoje życie, nie puste słowa, lecz prawdziwe pojęcie świata. Jechałaś ponad pół godziny, aż zostałaś sama z kierowcą. Kilka minut później wysiadłaś na następnym przystanku. Ruszyłaś ulicą, wciąż zalaną deszczem. Krople wody spływały po Twojej twarzy, lecz nie zważałaś na to. teraz liczyła się tylko muzyka wydobywająca się ze słuchawek, wpadająca w Twoje ucho i przenoszona do mózgu. Zaczęło padać coraz bardziej, chodź wydawało się to niemożliwe. Usiadłaś na pobliskiej ławce podkurczając kolana, na których oparłaś czoło spuszczając głowę w dół.Wiatr powoli ustawał, lecz padało coraz bardziej, już dawno byłaś przemoknięta, więc nie zrobiło to na Tobie wrażenia. Nagle poczułaś jak ławka delikatnie się ugina. Nieprzejęta tym faktem powoli podniosłaś głowę znad kolan o spojrzałaś w bok. Obok Cibie siedział młody mężczyzna (M) opierający plecy o ławkę, z założonymi rękoma i oczyma kierowanymi prosto przed siebie. Marynarka zgrabnie go opinała uwydatniając jego mięśnie. 

M: Nie najlepsza pogoda na siedzenie na ulicznej ławce.-Wciąż patrzył przed siebie. Lekkim niezauważalnym pociągnięciem wysunęłaś słuchawki z uszu.
T: Więc co tutaj robisz?-Dojrzałaś lekki uśmiech na jego twarzy.
M: No właśnie... co...?-wymamrotał.
T: Słucham?
Nie odpowiedział.
M: Trzeba być naprawdę zdesperowanym, żeby o tak późnej porze siedzieć na ławce w czasie ulewy.
T: Może po prostu lubię. Nie chcę być niegrzeczna, ale to nie jest Twoja sprawa.
M: Moja.
Spojrzałaś na niego pytająco. Nadal się nie odwrócił, ale jakby wyczuł Twoją reakcję.
M: Ponieważ siedzę tu z Tobą.
T: Nikt Cię o to nie prosi.
M: Wiem.
T: Więc dlaczego...
M: Ponieważ ja też bywam zdesperowany.

Dopiero teraz na Ciebie popatrzył powoli odwracając głowę. W blasku pobliskiej latarni dostrzegłaś jego duże czekoladowe oczy otoczone długimi rzęsami. Wpijały się w Twoje własne. Jego zgrabne, różowe usta wykrzywił mały uśmiech. I znów odwrócił się przed siebie. Patrzyłaś na niego z lekko otwartymi ustami i uniesioną brwią, jakbyś spoglądała na jakiegoś dziwaka. Ale wewnątrz chciało Ci się śmiać. Spuściłaś nogi z ławki, by sekundę później siąść na niej "po turecku", bokiem do oparcia, przodem do profilu chłopaka. 

T: [T.I.]-Wyciągnęłaś szybkim ruchem rękę w jego stronę.
Odwrócił się, przyjrzał Twojej twarzy, zjechał wzrokiem niżej-na Twoją wyciągniętą dłoń i odwzajemnił gest.
M: Zayn. (Z)

Znów usiadł prosto. Położyłaś łokieć na oparciu ławki, a na dłoni zaciśniętej w pięść usadowiłaś głowę. Spoglądałaś na niego. Nie, patrzyłaś. Nie, gapiłaś się. NIE! Wręcz zjadałaś go wzrokiem, jak zahipnotyzowana, jakby to pomagało Ci odczytać jego osobowość. Wyrwał Cię z zamyślenie, kiedy skierował swoje czekoladowe, błyszczące oczy na Twoją twarz. Uniósł prawy kącik warg, nie mogłaś nie odwdzięczyć się tym samym. Siedzieliście kilka minut w zupełnej ciszy, tylko gapiąc się na siebie i obdarowując uśmieszkami.

T: Więc co tutaj robisz?
Z: Nic. A Ty?
T: Nic.
Znów wymieniliście się uśmieszkami i dalej siedzieliście. Zayn spojrzał na zegarek. 22,15.
Z: Kawa?
T: Co?
Z: No.... skoro i tak tu siedzimy, to możemy chociaż napić się czegoś ciepłego w jakimś bardziej suchym miejscu.-Uśmiechnął się, a Ty powiedziałaś z żartem:
T: No nie wiem czy powinnam umawiać się z nieznajomym...
Z: Przecież już się znamy.-Puścił Ci oczko.-Poza tym siedzisz tutaj z tym nieznajomym dobre pół godziny, co jest kolejnym dowodem na to, że nie jesteśmy sobie obcy.
Wydałaś z siebie zduszony śmiech i spuściłaś głowę.
T: Okej.-Znów skierowałaś na niego oczy i przygryzłaś dolną wargę. Pierwszy raz szeroko się uśmiechnął odsłaniając swoje śnieżnobiałe, równiutkie ząbki. Wstaliście z ławki i ruszyliście wzdłuż chodnika.
Z: Będzie Ci cieplej.-Powiedział po tym jak dziwnie na niego spojrzałaś, kiedy przyodział Twe ramiona marynarką.-Mimo, że jest przemoczona.-Uśmiechnął się.
T: A Ty?
Z: Z natury jestem gorący.


Zaśmialiście się i już chwilę później siedzieliście w kawiarni sącząc gorącą kawę, za którą zapłacił. Teraz wreszcie mogłaś dostrzec każdy szczegół jego wyglądu. Był zaskakująco przystojny. Twarz miał ciemną, chyba był Mulatem, dostrzegłaś idealne rysy pod szopą ciemnych włosów. O takich kościach policzkowych marzą rzeźbiarze! Jego oczy były niezwykłe, niemal czarne, ale płonęły w nich jakieś pociągające ogniki. jakby zaglądając w nie coraz głębiej i głębiej można byłoby się w te oczy zapaść i tak już spadać wiecznie...

                                                                              *

Leżysz na łóżku czytając książkę, czujesz wibracje.
T: Halo?
Z: Obiecałem, że zadzwonię.
T: Hahahaa... ale nie godzinę po tym jak PRZYPADKOWO spotkałam Cię w supermarkecie...
Z: Przeszkadzam?
T: Nie. Oczywiście, że nie.-Zamknęłaś książkę.
Z: To dobrze.-Uśmiechnęłaś się do słuchawki.-Gdyby pogoda się poprawiła moglibyśmy gdzieś wyjść.
T: Znamy się od kilku dni...
Z: Och, proszę Cię, tylko znów nie mów, że jesteśmy sobie obcy.
Zachichotałaś.
T: Narazie musisz pogodzić się z telefonami. Wiesz, to wcale nie są takie złe urządzenia...
Usłyszałaś jego śmiech w słuchawce.
-[T.I.]
T: Muszę kończyć, brat mnie woła.
Z: Jasne, zadzwonię wieczorem.
T: Skoro musisz.-Zażartowałaś i odłożyłaś słuchawkę.
-[T.I] ! ! !
T: Idę !!!!!!!!
Zeszłaś na dół do salonu.
-Ktoś do Ciebie.
Stanęłaś w drzwiach jak wryta.
T: Żartujesz, prawda?